joomla templates top joomla templates template joomla

Ona się o nas zatroszczy

Barbara Staniulewicz. Opublikowano w Numer 2020/01 (9)

Autorka wraz z mężem i dziećmi nad morzem.

 

Jesteśmy małżeństwem od 15 lat. Mamy dwóch synów: Bartka (12 lat) i Michała (6 lat). Nasza historia zaczęła się normalnie, jak u wielu młodych małżeństw. Po ślubie planowaliśmy dzieci i po 1,5 roku od zawarcia związku małżeńskiego byłam w ciąży. Miałam wtedy 24 lata.

 

Ciąża przebiegała idealnie, bez żadnych komplikacji, maleństwo rosło zdrowe, nie potrzebowałam żadnych leków. Czułam się bardzo dobrze. Jako młoda, przyszła mama, pod koniec ciąży zaczynałam odczuwać niepewność, jak to będzie. Wtedy szczególnie modliłam się do Maryi, zawierzając siebie i dziecko.

Zostałam wychowana w wierze katolickiej, w rodzinie, w której Pan Bóg stoi na pierwszym miejscu. Stąd oczywistym dla mnie było modlić się i prosić o szczęśliwy poród. Na tamtym etapie moja wiara nie była jeszcze żywa, mimo iż zawsze Bóg był Wartością Najwyższą.

 

Na tamtym etapie moja wiara nie była jeszcze żywa (…)

 

Miesiąc przed planowanym porodem, mój dziadek trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Ja w tym czasie odwiedzałam go w szpitalu. Po jednej z takich wizyt przedwcześnie zaczęły odpływać mi wody płodowe. Pojechaliśmy do szpitala. Wszystko działo się szybko, a my, jako młodzi rodzice, bez ostatniej wizyty ginekologicznej omawiającej poród, trafiliśmy na salę porodową. Zameldowana w szpitalu w środę o godz. 13 oczekiwałam na swoją kolej. Słysząc płacz nowo narodzonych dzieci, byłam tym faktem mocno poruszona, ale i przerażona. Siedziałam, płakałam i czekałam na swoją kolej. Akcja porodowa, oprócz sączących się wód płodowych, nie postępowała. Lekarz podjął decyzję, że całą noc będę podłączona do KTG, żeby monitorować dzieciątko. Tej nocy nie mogłam zasnąć, strach i lęk paraliżował mnie okropnie. Wyjęłam moje modlitwy do Maryi i powtarzałam je cały czas. Wypowiadane słowa utkwiły mi w pamięci do dziś: „Maryjo, ofiaruję Ci moje nienarodzone dziecko, Ty też zaznałaś lęku, dlatego proszę Cię, pomóż mi podczas mojego porodu. Bądź ze mną w tym czasie i dopomóż, żeby wszystko dobrze się skończyło. Zaopiekuj się moim dzieckiem, jak opiekowałaś się nowonarodzonym Jezusem”.

 

Maryjo, ofiaruję Ci moje nienarodzone dziecko…

 

W czwartek o godz. 11 podano mi oksytocynę, powoli zaczynały się skurcze. Niestety, nie wszystko szło po myśli lekarzy. Nasze dziecko nie mogło urodzić się siłami natury, ponieważ synek był zapętlony pępowiną podwójnie. Niestety, nikt nie zrobił mi USG, dlatego lekarze planowali mnie do porodu naturalnego. O godz. 15.30 drastycznie spadało tętno dziecka, a mnie, prawie nieprzytomną, przewozili już na salę operacyjną. Okazało się, że dziecko dusi się przy każdym skurczu. O godz. 16 zrobiono mi cesarskie cięcie. Poproszono mojego męża, Marka, żeby czekał spokojnie przed salą operacyjną, by zaraz pokazać mu dziecko. Po chwilach oczekiwań, które dla Marka trwały całą wieczność, zobaczył lekarzy biegnących na salę, w której miałam robioną „cesarkę”. Za moment ci sami lekarze wybiegli z zawiniątkiem, pompując jakieś rurki. Mąż już wiedział, że nie jest dobrze. Ale nie zdawał sobie sprawy, że jest tak źle.

Bartuś, bo tak na imię ma nasz starszy syn, urodził się w zamartwicy, prawie nieżyjący. W skali Apgar dostał 1 punkt. Biło tylko jego serduszko – i to też, jak to lekarz określił, „ledwo, ledwo”. Podczas reanimacji lekarze musieli go zaintubować. Po minucie zaczęły powracać jego funkcje życiowe. Synek, jako wcześniak, nie mógł być ze mną na sali, musiał pozostać na Oddziale Intensywnej Terapii dla wcześniaków. Ku zaskoczeniu lekarzy, bardzo szybko zaczął nadrabiać straty tak, że po dwóch dniach został wyjęty z inkubatora (mimo porodu w 35. tygodniu ciąży, gdzie płucka dzieci nie są jeszcze w pełni wykształcone), a na trzeci dzień był już ze mną na sali. Urodzony miesiąc przed terminem w zamartwicy, nasz wcześniaczek ważył 2520 g. Musieliśmy pozostać w szpitalu dwa tygodnie. Obydwoje braliśmy antybiotyk, Bartuś miał wrodzone zapalenie płuc, niedotlenienie mózgu i podlegał z tego powodu ścisłej obserwacji lekarzy. Nasilająca się wówczas żółtaczka spowodowała, iż musiał być również naświetlany.

W tym czasie zmarł mój dziadzio. Wtedy coś we mnie pękło. Codziennie płakałam i nie umiałam sobie tego wszystkiego wytłumaczyć. Z jednej strony dostałam życie mojego dziecka, które wisiało na włosku; z drugiej strony, podczas walki o życie Bartka umierał mój dziadzio. Było mi bardzo ciężko. Pamiętam, że jedyną modlitwę, jaką byłam w stanie odmawiać, był Różaniec.

 

Pamiętam, że jedyną modlitwę, jaką byłam w stanie odmawiać, był Różaniec.

 

Bartek ma swoje pasje, uczy się grać na saksofonie.

 

Po tych ciężkich dwóch tygodniach wróciliśmy do domu. Bartek dobrze się rozwijał, jednak przez pierwszy rok jego życia musieliśmy odwiedzić wielu lekarzy: sprawdzać, badać. Każdy z nich był bardzo zdziwiony, czytając dane z książeczki zdrowia, słuchając naszego wywiadu i badając nasze dziecko. Kilkukrotnie usłyszeliśmy od lekarzy: „To cud, że Wasz syn żyje”. Wiadomość o tym, że rzeczywiście jest to Cud – nie tylko dlatego, że Bartek żyje, ale również przez to, w jaki sposób się rozwija – dotarła do mnie po trzech latach od jego narodzin.

 

Kilkukrotnie usłyszeliśmy od lekarzy: „To cud, że Wasz syn żyje”.

 

Jako trzylatek poszedł do przedszkola i – jak to jest w zwyczaju trzylatków – zaczęły się choroby. Trafiliśmy do Pani doktor w Lublinie, która powiedziała, że w swojej karierze lekarskiej jako pediatra miała tylko dwóch pacjentów urodzonych z 1 w skali Apgar, którzy samodzielnie funkcjonują. Jeden chłopiec był uczniem liceum, a drugi urodzony „gorzej” to nasz Bartuś. Dopiero wtedy zrozumiałam, że naszym dzieckiem w trakcie porodu opiekowała się Maryja. Pani Doktor tłumaczyła, że dzieci urodzone tak, jak Bartuś, wymagają poważnych rehabilitacji, nierzadko są przykute do wózka inwalidzkiego lub borykają się z poważniejszymi chorobami.

Dziś, po szczegółowych badaniach, możemy powiedzieć, że nasz syn jest zdrowym dwunastolatkiem. Ma swoje pasje, uczy się grać na saksofonie, bardzo lubi ping-ponga i piłkę nożną. Fascynuje go historia, ale interesują go również zwierzęta. Jest bardzo lubiany przez rówieśników, mimo iż sam jest często przesadnie skromny.

Nie mam wątpliwości i złudzeń, że to Maryja wyprosiła dla niego życie i że nadal go prowadzi. Od pięciu lat nasza droga do Pana Jezusa wiedzie właśnie przez Matkę Bożą. W 2015 r. razem z Bartkiem (miał wówczas 7 lat) przyjęliśmy Szkaplerz Karmelitański i wstąpiliśmy do Domowego Kościoła.

Od półtora roku razem z naszymi dziećmi należymy do Wspólnoty Rodzin Guadalupiańskich. To, że jesteśmy akurat tu, jest również zasługą Maryi, Która zaprosiła nas właśnie do tej Wspólnoty. Dzięki Niej poznaliśmy „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do NMP” św. Ludwika Marii Grignon de Montforta i na rekolekcjach wspólnotowych w sierpniu 2019 r. oddaliśmy siebie i nasze dzieci Panu Jezusowi przez ręce Maryi.

 

Od półtora roku razem z naszymi dziećmi należymy do Wspólnoty Rodzin Guadalupiańskich.

 

To wielka Łaska, móc być Jej „niewolnikami”. Teraz wszystkie rzeczy, które dzieją się w naszym życiu, oddajemy właśnie Matce Bożej. Wiemy, że Ona się o nas zatroszczy. Żyjemy spokojniej. Chwała Panu i Maryi za każdy dar życia.

 

To wielka Łaska, móc być Jej „niewolnikami”.

 

 

Barbara Staniulewicz

Żona Marka i mama dwóch synów. Należy do Wspólnoty Rodzin Guadalupiańskich.

Artykuły:

Zamów Książkę nr 1

Zamów Książkę nr 2

VideoBlog Guadalupe

Logowanie

Wyłącznie dla członków Wspólnoty i jej Dzieł. Informacje: admin@guadalupe.com.pl

Kontakt

e-mail zespół:
zespol@guadalupe.com.pl
administrator strony: admin@guadalupe.com.pl