Jezus dał nam nowe życie

Dzięki interwencji Maryi od 12 lat jesteśmy w sakramentalnym związku małżeńskim.
Nazywam się Kamil, moja żona – Marta, jesteśmy rodzicami trójki dzieci - Niny, Leny, Franciszka. Pochodzimy z katolickich rodzin, poznaliśmy się w 2005 roku, w sakramentalnym związku małżeńskim jesteśmy od 12 lat. Należymy do Wspólnoty Rodzin Guadalupiańskich. Natomiast ja formuję się także we wspólnocie Wojowników Maryi.
Życie bez Boga (świadectwo Kamila)
Krótko opiszę swoje życie sprzed spotkania żywego Pana Boga. Pomimo, że pochodzę z katolickiej rodziny, gdzie babcia czy rodzice mówili, aby iść do kościoła, to tak naprawdę kościół był dla mnie raczej obowiązkiem, gdzie liczyło się tylko to, aby „facet w czerni” szybko powiedział kazanie, potem nastąpiła Komunia i… zaliczone. W pewnym momencie mojego życia (gimnazjum – liceum) zacząłem fascynować się muzyką heavy metal i podobnymi klimatami. Do tego doszła pornografia i to w bardzo dużym stopniu. W liceum bardzo chciałem zostać ateistą, nawet rozpocząłem pisać stronę internetową o tej tematyce, udowadniając, że Boga nie ma i że cała ta wiara jest tylko wymysłem. W tym czasie bardzo lubiłem chodzić do Kościoła, ale tylko po to, aby słuchając kapłana, wytykać mu jego nieudolność, a także kwestionować naukę Kościoła. Wyśmiewałem się z kółek różańcowych (teraz sam do takiego należę). Najciekawsze w tym wszystkim było to, że robiłem to „w ciszy swojego umysłu” i nikt nawet nie wiedział, że mam takie poglądy. Byłem takim pozerem, który na zewnątrz okazywał się dobrym pobożnym chłopakiem, ale w środku tak naprawdę była we mnie „zgnilizna”.
Łaska małżeństwa
W klasie maturalnej zorganizowano pielgrzymkę na Jasną Górę. „Dla szpanu” razem z kolegami całą drogę paliliśmy trawkę. Po przyjeździe do Częstochowy w pewnym momencie moi koledzy zniknęli i sam jak palec błąkałem się po błoniach i parku, nie chciałem iść do sanktuarium. Spotkałem wtedy dwie koleżanki z całkiem innej szkoły, które mnie „zgarnęły” i zaprowadziły pod obraz Mamusi. Szedłem za nimi jak takie „pokorne cielę”, które nie wie, co się dzieje. Na kolanach przeszedłem za obrazem Mamusi, prosząc Ją o dziewczynę. Nie musiałem długo czekać na Jej interwencję, gdyż pojawiła się moja żona Marta. Tak naprawdę to Marta za mną chodziła, ja zaś wolałem Jej koleżankę. Jednak dzięki interwencji Matki Bożej jesteśmy razem i to w związku sakramentalnym.
Trudności małżeńskie
Związek małżeński zawarliśmy w lipcu 2012 roku. Ogólnie wyglądaliśmy na dobre i szczęśliwe małżeństwo. Uczęszczaliśmy na Msze Święte, aby „zaliczyć” ten obowiązek. Mieliśmy pracę, zakupiliśmy mieszkanie, potem urodziła się córeczka Nina. Ja rzuciłem się w wir pracy i kariery. Jako młody inżynier, widzący luksusy materialne u innych, dawałem 100% siebie w pracy… a dom, żona - to był tylko dodatek. Praktycznie od ślubu moją wartością była praca, natomiast żona była gdzieś tam dalej… Dom traktowałem jak hotel, gdzie można było zjeść, przespać się. Żona ma być zadowolona i dumna ze mnie, bo przecież pracuję ciężko na nią i na rodzinę. Praktycznie z Martą nie rozmawialiśmy, może tylko formalnie, wiele spraw przemilczaliśmy. Wstydziłem się jej coś powiedzieć, np. że coś mnie gryzie, boli itp.
Ogólnie wyglądaliśmy na dobre i szczęśliwe małżeństwo. Uczęszczaliśmy na Msze Święte, aby „zaliczyć” ten obowiązek.
Praca na pierwszym miejscu
Przyszedł czas, że zmieniłem pracę z prywatnej firmy na urząd, ale moje ambicje urosły do tego, że jednocześnie rozpocząłem własną działalność gospodarczą w branży budowlanej i to ze sporym rozmachem, nie mając żadnego zaplecza finansowego i sprzętowego. Naprawdę była duża kasa, dużo robót itd. W pewnym momencie już tego nie ogarniałem. Zachłysnęliśmy się kasą i razem z żoną wydawaliśmy bez liczenia się z groszem. Marta nie pytała, skąd mam pieniądze, na co są przeznaczone. Ja tym bardziej nie mówiłem, że te pieniądze nie są nasze. Do tego moja rozrzutność, głupie pomysły, nieprzemyślane decyzje, błędne inwestycje, doprowadziły do potężnych długów. W pewnym momencie brakowało nam na bieżące opłaty, raty, a nawet na „przysłowiowy” chleb. Nieraz stawałem przed wyborem, czy wydać na paliwo czy na chleb. W akcie desperacji zacząłem brać kredyty, potem chwilówki, a wszystko to bez wiedzy żony. Chyba wybrałem wszystkie możliwe oferty internetowe, już nawet nie pamiętam, ile tego było. Był taki moment, że już mi nic nie dawali, na dodatek były duże zaległości w ZUS-ie i Urzędzie Skarbowym. Dobrze było brać, ale ze spłatą było gorzej. US zablokował mi konta bankowe, do tego doszły egzekucje i zajęcia komornicze. W tym okresie przeżywałem potężny lęk, ciągłe telefony z windykacji, straszenie sądami, komornikami itd. Nie rozmawiałem z żoną o tym, co przechodzę, nawet miałem czasem myśli typu „a może by tak skoczyć z dachu, będzie spokój”. Dzięki Bogu mój Anioł Stróż zawsze czuwał… miał naprawdę dużo pracy. I chociaż z żoną nie potrafiłem rozmawiać o problemach, a wręcz wstydziłem się, ona zawsze była przy mnie i mnie wspierała.
Spotkanie z Żywym Bogiem
Święta Wielkiej Nocy w 2019 roku były pierwszymi świętami, na które nas nie było stać. Zawsze ucztowaliśmy na bogato. Po poświęceniu pokarmów, zatrzymałem się na adoracji Pana Jezusa. Tego dnia szczerze zacząłem prosić Go o pomoc, zacząłem w sercu wybaczać ludziom, o których uważałem, że są przyczyną naszych problemów. Zacząłem też wybaczać samemu sobie za te wszystkie błędy, za te krzywdy, które wyrządziłem. W tym czasie poczułem obecność Żywego Jezusa, czułem, że On jest w tym białym opłatku, jest przy mnie, chce mi pomóc, przejąć cały ten ciężar. Z serca spadł mi ciężki kamień, łzy z oczu lały się strumieniami. Poczułem się wtedy taki wolny, lekki… W tym czasie rozpoczął się proces nawracania. Razem z żoną zaczęliśmy uczestniczyć w Eucharystii z inną powagą, osobiście zacząłem rozumieć, że w tym białym opłatku jest Żywy i obecny Jezus Chrystus, mój Zbawiciel, mój Pan, mój najlepszy Przyjaciel.
W tym czasie poczułem obecność Żywego Jezusa, czułem, że On jest w tym białym opłatku, jest przy mnie, chce mi pomóc, przejąć cały ten ciężar.
Pomoc od Jezusa i Maryi
Wraz z poznawaniem Chrystusa następowała potężna przemiana. Po pierwsze spokój. Zaczęliśmy rozmawiać z żoną o ważnych rzeczach, między innymi o długach. Nie wiem, w jaki sposób, ale zaczęliśmy spłacać zobowiązania. Komornicy, windykatorzy byli przychylni, nawet wypowiedziany kredyt (na ponad 90 tys. złotych) wykupiony przez firmę windykacyjną, był dla mnie korzystniejszy do spłacania niż poprzednie raty (można było porozumieć się z firmą windykacyjną). Tego samego roku postanowiłem pójść na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Obiecałem kiedyś Mamusi, że pójdę na pielgrzymkę, o ile coś mi spełni. Ona to spełniła, ale ja się ociągałem z wypełnieniem obietnicy. Nie pamiętam czemu, ale właśnie tego roku miałem potężne pragnienie iść przed tron Naszej Królowej. Samo wyjście było jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu. Żona została sama z dwójką małych dzieci i to praktycznie bez grosza. W pracy nic nie było dokończone, została ważna praca i gdyby nie moja żona, to bym zrezygnował już w dniu wyjścia. Przed Mszą Świętą zadzwoniła do mnie bliska osoba i powiedziała takim „demonicznym” głosem: „Ty masz diabła w sobie, że idziesz itd.” To było przerażające. Powtórzę, ale gdyby nie żona, to bym odpuścił, ale ona powiedziała: „Idź, to może twoja próba”. Fizycznie samo wyjście było w porządku, ale duchowo i psychicznie to była męka. Przez kilka pierwszych dni snułem się z tyłu jak zbity pies. Do tego otrzymywałem telefony, aby wracać. Dzięki Bogu dotarłem przed tron mojej najukochańszej Mamusi. Radość w sercu była niesamowita, to była potężna łaska, której nie da się opisać, a której życzę każdemu. Po powrocie otworzyłem się żonie, potrafiłem Jej o wszystkim mówić, zaczęliśmy sobie ufać, starać się być tą jednością, o której mówi Bóg. Zacząłem zmieniać swoje wartości. Na pierwszym miejscu był Bóg, potem żona, dzieci i cała reszta. Finansowo to był ciężki czas, ale i piękny okres. Nasze małżeństwo, nasze relacje zaczęły się od nowa, jak nowożeńcy. Jakoś tak też się ułożyło, że zacząłem pracować do godz. 15.00, co zwłaszcza na budowie było nielogiczne. Ale te 8 godzin było bardziej efektywne niż 10-12 czy więcej.
W czasie mojego nawracania nie było kolorowo, ponieważ wiele było upadków, walczyłem z uzależnieniem od pornografii. Chciałbym przestrzec przed tym zniewoleniem, nieraz miałem nieprzespaną noc, a nawet budziłem się w środku nocy, gdyż czułem jakby coś mnie dusiło… Zacząłem się tego strasznie bać. Dopiero, gdy Bóg otworzył mi oczy i zacząłem rozumieć, czym jest grzech i jakie są jego konsekwencje, wtedy dopiero zacząłem prosić Jezusa, aby mi pomógł z tym walczyć. Nawet nie wiem kiedy On mi to zabrał. Owszem, w chwilach słabości wracają pokusy, ale przez modlitwę, częstą Eucharystię, regularną spowiedź, łatwiej jest z tym walczyć. Na chwile słabości mam też ulubiony fragment Ewangelii: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”. Mógłbym jeszcze wiele pisać o cudach, które uczynił w moim życiu nasz Najlepszy Ojciec, ilu ludzi i sytuacji postawił na mej drodze. Jednym słowem – JEZUS DAŁ MI NOWE ŻYCIE.
W czasie mojego nawracania nie było kolorowo, ponieważ wiele było upadków, walczyłem z uzależnieniem od pornografii. Chciałbym przestrzec przed tym zniewoleniem…

Nie przestajemy dziękować Bogu za cud uzdrowienia naszego syna.
Świadectwo Marty
Nazywam się Marta, o 3 lata jestem młodsza od męża, poznaliśmy się w gimnazjum, więc znamy się długo, był to mój pierwszy prawdziwy chłopak, którego przedstawiłam rodzicom. Wydawał mi się taki męski, dojrzały, miły, odpowiedzialny – sprawdziłam Go w różnych sytuacjach, bo bardzo długo byliśmy w związku. Razem chodziliśmy i „na tańce”, i „na różańce”. Po ślubie również myślałam, że jest idealnie. Gdy porównam to, co jest dziś, a co było przed i po ślubie, to stwierdzam, że wtedy nie było dobrze. Mąż, według mnie, przebył ogromną przemianę za sprawą wspólnoty Wojownicy Maryi. To, co mówiłam mu przez wiele lat, np. zbyt bliskie relacje z mamą, zrozumiał dopiero po rekolekcjach z ks. Dominikiem Chmielewskim. Pogłębiona wiara, poznanie ludzi naprawdę głęboko wierzących, czytanie mądrych książek pisanych przez np. ks. Glasa, pana Pulikowskiego czy ks. Pawlukiewicza, słuchanie kazań, częstsze uczestnictwo we Mszy Świętej, zawierzenie na Jasnej Górze – dopiero to otworzyło Mu oczy. Zrozumieliśmy, co jest w życiu ważne. Niesamowite nawrócenie i przemiana męża pokazały mi, co znaczy być prawdziwym katolikiem.
Maryja nade mną czuwa
Od najmłodszych lat byłam i dalej jestem, przynajmniej tak mi się wydaje, taka letnia. Mąż jest gorący w wierze i dzięki niemu bardzo dążę do tego, by mu dorównać. Jeżeli chodzi o Boga w moim życiu, to widzę dopiero teraz, że już od poczęcia miał „na mnie” plan. Byłam czwartym dzieckiem i gdyby nie to, że dwie pierwsze siostry urodziły się martwe, nie byłoby mnie na świecie. Sam poród również był bardzo trudny, bo byłam duża (4700 g). W czasie porodu doszło do porażenia splotu barkowego oraz biodra. Dziś jest dobrze, ale mogło mnie nie być. Maryja nade mną czuwa, gdyż urodziłam się w maju - miesiącu Maryjnym. Całe dzieciństwo oraz lata młodości nie wyobrażałam sobie nie być na Mszy Świętej, różańcu czy Drodze Krzyżowej. Raz nawet zrezygnowałam z imprezy rodzinnej – 65-letniej rocznicy małżeństwa moich dziadków, w październiku, na rzecz różańca. Gdy poznałam Kamila, ciągnęłam Go za sobą mówiąc: „Dziś w mojej parafii są misje, idziesz czy się dziś nie widzimy?”. I szedł. Naszego związku nie udało się niestety utrzymać w czystości przedmałżeńskiej.
Cudowne uzdrowienia
Mając 19 lat, a będąc w związku z Kamilem, doznałam dziwnych lęków, zwłaszcza w Kościele – napady paniki, zimne poty, zawroty głowy. Na początku było „bieganie” po lekarzach, mierzenie ciśnienia, badanie krwi, wizyty u neurologa. Z badań nic nie wyszło, trafiłam nawet do psychologa, potem do psychiatry. Zmian nie stwierdzono. W czasie gorszego samopoczucia odmawiałam różaniec, bo zawsze miałam w kieszeni różaniec. Mówiłam Maryi, że albo Ona mnie uratuje, albo nikt. I to wszystko minęło po zawierzeniu się Maryi na Jasnej Górze. Gdy mocniej wierzyłam, to wszystko ustępowało, ale w kryzysach wracało. Po zawierzeniu całkowicie zniknęło. Teraz
w sercu czuję się wolna i spokojna.
Inna sytuacja, to historia naszego synka. Gdy miał 6 miesięcy, trafił do szpitala z RSV. Z powodu astmy ma małą odporność, problemy z serduszkiem. Ordynator szpitala po naszym wyjściu powiedział mi, że nie dawał mu szans. Syn był pod tlenem. 8 grudnia, w godzinie łaski modliłam się ja, cała rodzina, księża, wspólnoty i… stał się cud. Franek ma już 2 lata. Chwała Panu i Maryi! Nigdy nie przestanę modlić się, ufać Bogu, bo bez niego nie ma nic.
Bóg jest najlepszym Tatusiem
Podsumowując, chcemy powiedzieć, że życie, w którym Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, jest przepiękne, chociaż nieraz wymaga wielu wyrzeczeń, może zakazów, stanięcia w prawdzie przed samym sobą. Jednak nie chcemy wracać do poprzedniego stylu życia, a te wszystkie trudy, wyrzeczenia stają się błogosławieństwem. Nieraz słyszeliśmy, że „Bóg cię pokara” itp. Zdecydowanie jednak możemy powiedzieć, że Bóg jest Najlepszym Tatusiem, który nie karze, a co najwyżej dopuszcza pewne sytuacje. Na pierwszy rzut oka wydają się one być straszną tragedią, ale tak naprawdę są potężną łaską i ratunkiem dla nas. Mieliśmy też taką sytuację, która mogła nas doprowadzić do potężnego kryzysu, a nawet rozpadu. Jednak przez modlitwę różańcową, przebaczenie i oddanie tego Jezusowi zrodził się piękny owoc w postaci umocnienia duchowego, ale też i małżeńskiego. Niejednokrotnie przechodzimy jako małżeństwo kryzysy i trudne chwile, ale wtedy tym bardziej czujemy i dostrzegamy opiekę naszej Mamusi, która nie pozwala przez różne sytuacje, tudzież osoby, abyśmy zwątpili i odpuścili. Moglibyśmy wiele pisać, ile dobra nas spotkało przez trwanie przy Panu Bogu, ale powiemy jedno: lepiej jest żyć z Bogiem niż bez Niego. Nawet jeżeli cierpisz może ból, może biedę, może choroba cię dobija albo coś innego cię męczy, to będąc z Bogiem i w pełni zgadzając się na Jego wolę, całe to cierpienie staje się błogosławieństwem, a Twoje życie staje się pełnią szczęścia tu na ziemi. Pamiętaj – chociażby cały świat Ciebie znienawidził i chociaż wszyscy by się od Ciebie odwrócili, nawet najbliżsi, to Jezus zawsze będzie przy Tobie, zawsze będzie Ciebie kochał, zawsze będzie na Ciebie czekał, Ty tylko musisz Mu w 100% zaufać i powiedzieć „TAK, PANIE”.





